Zamiłowanie do gadów wydaje się być nieco dziwne. Przecież w przeciwieństwie do czworonogów (które dominują w naszym otoczeniu) są one zwyczajnie chłodne, pozbawione jakichkolwiek emocji, nie obdarzą nas żadną formą zrozumiałych dla nas uczuć... Skąd właściwie bierze się ów emocjonalny stosunek do tych zwierząt?
W moim przypadku zdecydowało o tym dzieciństwo. W jednej z podwarszawskich wsi mieszkała moja rodzina, a jej ważnym elementem był wujek. Wujek, dla którego każde zwierze było ważne - niezależnie od tego czy był to jego koń, świnia czy też... pełzający w ogrodzie zaskroniec. I od zaskrońca w wujkowym ogrodzie się to zaczęło. Pamiętam tylko tyle, że wujek wziął mnie za rękę, pociągnął miedzy grządki i w pewnym momencie powiedział: "Jacuś, to jest wąż". Ba, żeby tylko powiedział! On go zwyczajnie złapał i... dał mi do reki (ku lekkiemu przerażeniu mojej mamy). Stwór ten był całkiem fajny, taki fajnie czarny, nie uciekał, nie gryzł i nie hałasował... Wprawdzie w pewnym momencie wydalił coś z siebie i zaśmierdziało czymś zbliżonym do czosnku*, ale dało się to przeżyć. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że w naturze są także węże, które potrafią wyrządzić człowiekowi krzywdę, a nawet go zabić. To nie mieściło się w dziecięcej wyobraźni. Zagościł w niej spokojny wąż, który nie był zły, był dość długi i miał delikatną, gładką i suchą skórę. Jako dziecko nie wyobrażałem sobie, że węże (i inne gady) zagospodarują sobie kawałek miejsca w moim sercu i umyśle...
*- po latach dowiedziałem się, że jest to reakcja obronna zaskrońca w sytuacji, w której czuje się on zestresowany i jest niepewny sytuacji w swoim pobliżu.







Przede wszystkim, od razu zaznaczę, że Twoje zamiłowanie nie wydaje mi się dziwne. Wcale.
Z dzieciństwa wyniosłam przeświadczenie, że żmije, węze - to jest be... chociaż kiedyś udało mi sie przywieźć znad morza (za namową taty, który go złapał, bo ja się bałam wziąć go do ręki) - w prezencie dla mamy - niedużego zaskrońca. Ale, że nie chiał jeść - zrobiliśmy wyprawę do lasu, by go wypuścić.
Zdumiony odzyskaniem wolności, pełzł wolno, by po chwili dostać przyśpieszenia. I tyle go widzialam. Mam nadzieję, że wiodło mu się dobrze.
Ale sympatię i podziw dla tych naszych braci, przyszło mi doświadczyć znacznie później. Miałam po prostu okazję dotknąć boa dusiciela...
Nie obeszło się bez namawiania mnie do tego czynu odwagi...
Wąż był sporych rozmiarów - leżał sobie na karku pewnego pana... nie ruszal się ... więc nabralam odwgi... i ... dotknęłam ...najpierw tylko jednym palcem.
Nic się nie działo - więc go pogłaskałam....!!!
I wiesz - to wrażenie mam w pamięci do dzisiaj...
Bo on był aksamitny!, delikatny! i suchy!. Wrażenie było cudowne!
Po tym doświadczeniu, też się zastanawiałam, skąd bierze się u nas - ludzi, ten negatywny pogląd. Realia potrafią to zupełnie zmienić.